Bezkształtne chmury są niepowtarzalne

Nie do końca rozumiem ideę weganizmu, dążącą do ulubionych smaków mięsożerców. W sklepach coraz więcej wszelkiej maści substytutów mięsa, „wędlin” i „serów” pochodzenia roślinnego, a ostatnim hitem jaki widziałem była „kaszanka”. Weganizm w takim wydaniu jest szkodliwy dla zdrowia, ponieważ znaczna część tych mięsnych podróbek zawiera niezliczoną liczbę spożywczych trutek. Wystarczy przeczytać etykiety. Czy nie lepiej będąc weganinem robić zakupy na ekologicznych targach i przyrządzać z roślin potrawy o unikalnych smakach?

Nie do końca rozumiem, po co ludzie zniewalają się sztywnymi regułami, oceniając negatywnie wszystko, co się z nich wyłamuje. Chyba wszyscy byliśmy świadkami dramatów i skandali w rodzinie królewskiej Windsorów, których kuriozalne zasady savoir-vivre’u doprowadziły do tragedii. Podobne zasady, mające utrzymać majątek kościoła w szponach Watykanu, zabraniające katolickim księżom wchodzić w związki małżeńskie, powodują różnego rodzaju dewiacje, przez które często cierpią dzieci. Należy pamiętać także, o maltretowanych kobietach, które według zasad kościoła, powinny jak suki siedzieć przy swych panach. Czy to jest mądre?

Ostatnio wybitnym kołtuństwem odznaczyła się Irena Kamińska-Radomska, próbująca zarabiać na wdrażaniu zasad dobrego wychowania z ubiegłych stuleci, do polskich domów. Początkowo Irena, była zabawna, jak bohaterka drugiej części „Kogla-mogla” – emerytowana paniusia Wolańska. Filmowa postać nakłaniała, aby psy karmić wysokogatunkową wołowiną na zebraniu Koła Gospodyń Wiejskich. Ale to była komedia. Zaś w realnym świecie, sztywne nakazy i głupota mieszają się ze sobą, prowadząc do cierpienia. Wspomnianej ekspertce od „dobrego wychowania” odbiła palma i publiczne znieważyła starszą kobietę, bo odstawała od jej standardów. Na szczęście ludzie zareagowali, nie zgadzając się z obsesyjno-kompulsywnymi poglądami Kamińskiej.

Uwielbiam świat pełen kolorów, dlatego podróżuję i ciągle się uczę. Różnorodność świata wspomaga rozwój, który postępuje tym szybciej, im mniej ograniczeń stawiamy sobie na drodze. Dlatego zupełnie nie warto marnować czasu, na poświęcanie uwagi krytykantom. Niech utoną w oceanie żółci, którą produkują. Pozwólmy im na to. Próby wyjaśnienia im, że świat może być wspaniałym miejscem dla każdego, przypomina zachęcanie do zjedzenia sushi kogoś, komu robi się niedobrze na samo wyobrażenie o surowej rybie. Kiedyś, gdy miałem mniej doświadczenia życiowego – próbowałem, za każdym razem marnując swój czas i składniki. To nie ma sensu.  

Poznaję wielu ludzi. Mówimy o setkach, a nawet tysiącach w skali roku. Trafiają do mnie na szkolenia, na sesje, na bezpłatne wykłady. Najlepszymi terapeutami zostają ci, którzy „widzą bezkształtne chmury, zamiast zwierzątka na niebie”, ponieważ nie wkładają na siłę wszystkiego do swojej ciasnej wyobraźni. Nie oceniają, tylko doświadczają i analizują. Dlatego potrafią wejść do piekła, po niezbędny składnik, zamiast twierdzić, że „coś jest złe” lub „nie ma w tym boskiej siły”. Bo tak naprawdę wszystko zależy od naszej interpretacji, a dzielenie świata na wartości według własnego widzimisię najlepiej pogrzebać w średniowieczu, które zabiło więcej istnień ludzkich w „imię dobra”, niż jakakolwiek wojna. Mieszanie osobistych wierzeń z pracą (zwłaszcza terapeuty) jest niewłaściwe i prowadzi często do cierpienia słabszych, którzy tych indywidualnych dziwactw nie podzielają. Świetnym przykładem jest Matka Teresa z Kalkuty – laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, kanonizowana po śmierci, przez papieża Franciszka. Zamiast uśmierzać ból konających, odmawiała podawania im środków przeciwbólowych, zalecając modlitwę. Pacjenci w ostatnich chwilach życia zwijali się w agonii; dodatkowo jak wykazało śledztwo, zmuszani byli do katolickich obrządków, najczęściej wbrew ich woli.

Nie lubię „widocznej świętości”, bo prawie zawsze jest fałszywa. Europejczycy pod azjatyckimi świątyniami składają ręce, ubierają twarz w plastikowy uśmiech i zachowują się tak, jakby „świętość” ich odurzyła. Mówią o duchowości i próbują przekonać innych do swojego oświecenia. Często dają rady, rozczulają się nad żyjącymi własnym życiem psami i rozprawiają o swoim wewnętrznym rozwoju. Wracając do hoteli, potykają się o głodujące dzieci i wolą zjeść drogi posiłek w ekskluzywnej restauracji niż kupić za mniejszą kwotę obiady dla całej wioski. Tak to wygląda. Święci natomiast pracują bez błysku fleszy. Widziałem wielu ludzi dobrych, mających w nosie oczekiwania innych. Nie przejmowali się etykietą, standardami oraz tym, w co byli ubrani. Nie byli też ciałami, tylko je posiadali, działając pro publico bono. Traktowanie własnego ciała jako naczynia, daje siłę i czyni ducha niezniszczalnym.

Terapeuta musi być prawdziwy i mieć otwarty umysł. Lekarz, który gugluje symptomy powinien zmienić zawód, tak samo naturopata trzymający się kurczowo sztywnych zasad. Nie wystarczy biały uniform i gabinet pełen ozdób. Trzeba pasji, wiedzy i właściwego podejścia. Także staż pracy o niczym nie świadczy. Zauważyłem, że ludzie wykonujący dany zawód dłużej niż dziesięć lat, siadają na laurach i popadają w rutynę. A wiek bardzo często nie idzie w parze z mądrością. Często jest odwrotnie. Ludzie, którzy osiągnęli pewną pozycję, często trzymają się kurczowo swoich metod. Ostatnie anankrastyczne sławienie bólu podczas refleksologicznych sesji, przez przeciwników moich nie sprawiających bólu metod, było wręcz groteskowe. Internet zalały wpisy i komentarze starające udowodnić, że ból jest potrzebny. No cóż. „Każdy orze, jak może”. Niech się uszlachetniają. Później i tak trafią do mnie lub moich uczniów leczyć krwiaki lub naderwane mięśnie stóp.

Nie do końca rozumiem ideę weganizmu, dążącą do ulubionych smaków mięsożerców. Prawdziwi weganie jedzą rośliny. Mam wielu przyjaciół – prawdziwych wegan. Eksperymentują, bawią się smakiem, a ich towarzystwo jest zbawienne dla duszy. Potrafią rozproszyć moje zmęczenie, ukoić ból i oddalić wątpliwości. Nie rozumiem też idei naturoterapii zadającej ból, rozprzestrzeniającej strach i patrzącej na innych przez pryzmat własnych uprzedzeń. Terapeuci nie powinni siać paniki i grać w nieczyste gry. Niestety często osoby zajmujące się medycyną alternatywną wypisują kompletne bzdury, demonizujące rzeczywistość i ukazujące ich kompletny brak empatii. Jak można bowiem napisać komentarz pod klepsydrą „trzeba było wziąć więcej szczepionek”? Albo „no i macie nauczkę. Zamiast słuchać, poddaliście się chemii”. Takich komentarzy jest mnóstwo i piszą je naturoterapeuci, uśmiechający się szeroko i dobrodusznie, na swoich profilowych selfikach. Hejt jest chorobą ludzi spuszczonych ze smyczy. Mogą ranić i zakrywać swoją słabość, agresją. W czasach, gdy zjawisko nie było tak publiczne i powszechne, miałem kolegę, który gnębił swojego brata i słabszych. Budował na tym złudzenie własnej siły. Czar prysł, gdy jeden z tych słabszych mu nakopał. Nigdy się po tym nie pozbierał. Bo hejterzy to ludzie najsłabsi i nie powinni pomagać innym. To samo tyczy się pesymistów.

Refleksolog powinien przypominać rodzica, który poświęci wszystko dla dobra swoich dzieci. Oznacza to, że będzie się ciągle doskonalił, szukał rozwiązań i zamiast załamywać ręce, będzie walczył do końca. Oby więcej takich osób było! I niech świat będzie kolorowy, pozbawiony lęku, podziałów i osób o sztywnych poglądach.

Skomentuj ten wpis jako pierwszy!

Dodaj swój komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *