Blog Fryderyka

Bezkształtne chmury są niepowtarzalne

Nie do końca rozumiem ideę weganizmu, dążącą do ulubionych smaków mięsożerców. W sklepach coraz więcej wszelkiej maści substytutów mięsa, „wędlin” i „serów” pochodzenia roślinnego, a ostatnim hitem jaki widziałem była „kaszanka”. Weganizm w takim wydaniu jest szkodliwy dla zdrowia, ponieważ znaczna część tych mięsnych podróbek zawiera niezliczoną liczbę spożywczych trutek. Wystarczy przeczytać etykiety. Czy nie lepiej będąc weganinem robić zakupy na ekologicznych targach i przyrządzać z roślin potrawy o unikalnych smakach?

Nie do końca rozumiem, po co ludzie zniewalają się sztywnymi regułami, oceniając negatywnie wszystko, co się z nich wyłamuje. Chyba wszyscy byliśmy świadkami dramatów i skandali w rodzinie królewskiej Windsorów, których kuriozalne zasady savoir-vivre’u doprowadziły do tragedii. Podobne zasady, mające utrzymać majątek kościoła w szponach Watykanu, zabraniające katolickim księżom wchodzić w związki małżeńskie, powodują różnego rodzaju dewiacje, przez które często cierpią dzieci. Należy pamiętać także, o maltretowanych kobietach, które według zasad kościoła, powinny jak suki siedzieć przy swych panach. Czy to jest mądre?

Ostatnio wybitnym kołtuństwem odznaczyła się Irena Kamińska-Radomska, próbująca zarabiać na wdrażaniu zasad dobrego wychowania z ubiegłych stuleci, do polskich domów. Początkowo Irena, była zabawna, jak bohaterka drugiej części „Kogla-mogla” – emerytowana paniusia Wolańska. Filmowa postać nakłaniała, aby psy karmić wysokogatunkową wołowiną na zebraniu Koła Gospodyń Wiejskich. Ale to była komedia. Zaś w realnym świecie, sztywne nakazy i głupota mieszają się ze sobą, prowadząc do cierpienia. Wspomnianej ekspertce od „dobrego wychowania” odbiła palma i publiczne znieważyła starszą kobietę, bo odstawała od jej standardów. Na szczęście ludzie zareagowali, nie zgadzając się z obsesyjno-kompulsywnymi poglądami Kamińskiej.

Uwielbiam świat pełen kolorów, dlatego podróżuję i ciągle się uczę. Różnorodność świata wspomaga rozwój, który postępuje tym szybciej, im mniej ograniczeń stawiamy sobie na drodze. Dlatego zupełnie nie warto marnować czasu, na poświęcanie uwagi krytykantom. Niech utoną w oceanie żółci, którą produkują. Pozwólmy im na to. Próby wyjaśnienia im, że świat może być wspaniałym miejscem dla każdego, przypomina zachęcanie do zjedzenia sushi kogoś, komu robi się niedobrze na samo wyobrażenie o surowej rybie. Kiedyś, gdy miałem mniej doświadczenia życiowego – próbowałem, za każdym razem marnując swój czas i składniki. To nie ma sensu.  

Poznaję wielu ludzi. Mówimy o setkach, a nawet tysiącach w skali roku. Trafiają do mnie na szkolenia, na sesje, na bezpłatne wykłady. Najlepszymi terapeutami zostają ci, którzy „widzą bezkształtne chmury, zamiast zwierzątka na niebie”, ponieważ nie wkładają na siłę wszystkiego do swojej ciasnej wyobraźni. Nie oceniają, tylko doświadczają i analizują. Dlatego potrafią wejść do piekła, po niezbędny składnik, zamiast twierdzić, że „coś jest złe” lub „nie ma w tym boskiej siły”. Bo tak naprawdę wszystko zależy od naszej interpretacji, a dzielenie świata na wartości według własnego widzimisię najlepiej pogrzebać w średniowieczu, które zabiło więcej istnień ludzkich w „imię dobra”, niż jakakolwiek wojna. Mieszanie osobistych wierzeń z pracą (zwłaszcza terapeuty) jest niewłaściwe i prowadzi często do cierpienia słabszych, którzy tych indywidualnych dziwactw nie podzielają. Świetnym przykładem jest Matka Teresa z Kalkuty – laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, kanonizowana po śmierci, przez papieża Franciszka. Zamiast uśmierzać ból konających, odmawiała podawania im środków przeciwbólowych, zalecając modlitwę. Pacjenci w ostatnich chwilach życia zwijali się w agonii; dodatkowo jak wykazało śledztwo, zmuszani byli do katolickich obrządków, najczęściej wbrew ich woli.

Nie lubię „widocznej świętości”, bo prawie zawsze jest fałszywa. Europejczycy pod azjatyckimi świątyniami składają ręce, ubierają twarz w plastikowy uśmiech i zachowują się tak, jakby „świętość” ich odurzyła. Mówią o duchowości i próbują przekonać innych do swojego oświecenia. Często dają rady, rozczulają się nad żyjącymi własnym życiem psami i rozprawiają o swoim wewnętrznym rozwoju. Wracając do hoteli, potykają się o głodujące dzieci i wolą zjeść drogi posiłek w ekskluzywnej restauracji niż kupić za mniejszą kwotę obiady dla całej wioski. Tak to wygląda. Święci natomiast pracują bez błysku fleszy. Widziałem wielu ludzi dobrych, mających w nosie oczekiwania innych. Nie przejmowali się etykietą, standardami oraz tym, w co byli ubrani. Nie byli też ciałami, tylko je posiadali, działając pro publico bono. Traktowanie własnego ciała jako naczynia, daje siłę i czyni ducha niezniszczalnym.

Terapeuta musi być prawdziwy i mieć otwarty umysł. Lekarz, który gugluje symptomy powinien zmienić zawód, tak samo naturopata trzymający się kurczowo sztywnych zasad. Nie wystarczy biały uniform i gabinet pełen ozdób. Trzeba pasji, wiedzy i właściwego podejścia. Także staż pracy o niczym nie świadczy. Zauważyłem, że ludzie wykonujący dany zawód dłużej niż dziesięć lat, siadają na laurach i popadają w rutynę. A wiek bardzo często nie idzie w parze z mądrością. Często jest odwrotnie. Ludzie, którzy osiągnęli pewną pozycję, często trzymają się kurczowo swoich metod. Ostatnie anankrastyczne sławienie bólu podczas refleksologicznych sesji, przez przeciwników moich nie sprawiających bólu metod, było wręcz groteskowe. Internet zalały wpisy i komentarze starające udowodnić, że ból jest potrzebny. No cóż. „Każdy orze, jak może”. Niech się uszlachetniają. Później i tak trafią do mnie lub moich uczniów leczyć krwiaki lub naderwane mięśnie stóp.

Nie do końca rozumiem ideę weganizmu, dążącą do ulubionych smaków mięsożerców. Prawdziwi weganie jedzą rośliny. Mam wielu przyjaciół – prawdziwych wegan. Eksperymentują, bawią się smakiem, a ich towarzystwo jest zbawienne dla duszy. Potrafią rozproszyć moje zmęczenie, ukoić ból i oddalić wątpliwości. Nie rozumiem też idei naturoterapii zadającej ból, rozprzestrzeniającej strach i patrzącej na innych przez pryzmat własnych uprzedzeń. Terapeuci nie powinni siać paniki i grać w nieczyste gry. Niestety często osoby zajmujące się medycyną alternatywną wypisują kompletne bzdury, demonizujące rzeczywistość i ukazujące ich kompletny brak empatii. Jak można bowiem napisać komentarz pod klepsydrą „trzeba było wziąć więcej szczepionek”? Albo „no i macie nauczkę. Zamiast słuchać, poddaliście się chemii”. Takich komentarzy jest mnóstwo i piszą je naturoterapeuci, uśmiechający się szeroko i dobrodusznie, na swoich profilowych selfikach. Hejt jest chorobą ludzi spuszczonych ze smyczy. Mogą ranić i zakrywać swoją słabość, agresją. W czasach, gdy zjawisko nie było tak publiczne i powszechne, miałem kolegę, który gnębił swojego brata i słabszych. Budował na tym złudzenie własnej siły. Czar prysł, gdy jeden z tych słabszych mu nakopał. Nigdy się po tym nie pozbierał. Bo hejterzy to ludzie najsłabsi i nie powinni pomagać innym. To samo tyczy się pesymistów.

Refleksolog powinien przypominać rodzica, który poświęci wszystko dla dobra swoich dzieci. Oznacza to, że będzie się ciągle doskonalił, szukał rozwiązań i zamiast załamywać ręce, będzie walczył do końca. Oby więcej takich osób było! I niech świat będzie kolorowy, pozbawiony lęku, podziałów i osób o sztywnych poglądach.

Brak komentarzy

Żyć i umrzeć bez żalu – oto moja jedyna religia*

„Ten, kto szuka odwetu, powinien wykopać dwa groby”**

Idąc przez piekło, jeden z moich przewodników duchowych zauważył, że wszystkie istnienia, które tam przebywały, targane były nienawiścią do innych osób. Nie potrafiły wybaczyć i targane konwulsjami, skazywały siebie samych na – być może – wieczne męki. Niektórzy trwali w agonii, widząc swoich oprawców w niebie. Wówczas gniew rozrywał im serca, które jednak nie mogły przestać bić.

W filozofii buddyjskiej uważa się, że jedna chwila gniewu potrafi zniszczyć całą zasługę, budowaną przez całe życie. Gniew, nie musi być jednak związany z wybuchowością; co więcej ludzie krzykliwi są często dobroduszni a ich wybuchy oczyszczają ich aurę, nie robiąc im krzywdy. Gniew może być ukryty i przywdziewać różnorakie maski: od cierpiętnictwa do skrywanej za zasłoną sztucznego uśmiechu negatywnej postawy.

Opowiem wam historię. W pewnym miejscu żyły dwie dziewczynki. Przyjaźniły się przez wiele lat. Nieco starsza, jako że pochodziła z bogatej rodziny, dzieliła się z przyjaciółką wszystkim, co miała. Druga zaś, czasami czuła się z tym niekomfortowo. W ten sposób zaburzyła się równowaga, która przerodziła się w nieuświadomioną nienawiść. Gdy starsza przyjaciółka założyła rodzinę, dzieliła się szczęściem z mężem i dziećmi, które przyszły na świat dwa lata później. Młodsza kobieta także wyszła za mąż, ale życie jej się nie układało. Winiła cały świat za to, że spotykają ją niepowodzenia. W końcu zrobiła coś bardzo złego i przez krótki czas rozkoszowała się nieszczęściem, które spowodowała. Starsza kobieta stawiła czoło problemom i mimo, że dowiedziała się, co je spowodowało – wybaczyła, wybierając bycie szczęśliwą. Druga już na zawsze pogrążyła się w niechęci i często chorowała, przenosząc swoje traumy na własne dzieci.

Tak działa karma, za którą nie stoi nikt, kto ją rozdziela. Sami ścielimy sobie łóżka.
W Internecie jest wiele wymownych rysunków. Ostatnio krążył taki, na którym przodek mówił do syna „jesteś głupi”, ten powielał ten schemat, mówiąc to samo do swojego potomka. Na końcu tego łańcucha, stał mężczyzna. Wyzbył się on nienawiści i nie pielęgnował traum z  dzieciństwa, rozwijając mądrość. Dzięki temu zamknął strumień przyczynowo-skutkowy i mógł powiedzieć do swojego trzyrocznego malca „jesteś wspaniały i możesz wszystko”.

Trafia do mnie mnóstwo ludzi, u których zdrowie ulotniło się jak kamfora. Skarżą się na różnego rodzaju problemy zdrowotne, nie wiedząc, że tak naprawdę mówią: „Tutaj boli mnie sukces mojego znajomego. A tam, nie mogę sobie poradzić z niechęcią do mojego ojca. Nie kochał mnie wystarczająco. Ten guz to nieuświadomiona chęć śmierci, bo męczę się w życiu i tak naprawdę dalej nie mogę przerobić…”. Tak naprawdę nie ma chorób, tylko ich projekcje. Umiejętność życia w teraźniejszości i zdolność świadomego wybaczania, uwalnia nas wszystkich od cierpienia.

Być może niektórym trudno jest wybaczyć, bo nie wiedzą jak to zrobić? Może próbują ukryć gniew, udawać, że wszystko jest dobrze, a może się czegoś wstydzą? Generalnie ludzie zbyt często boją się czegoś lub upadają pod ciężarem opinii innych. Trzeba więc pamiętać, że gniew to nie nienawiść. Dobrze go poczuć, zrozumieć i ugasić, w procesie wybaczania. Wybaczając nadal można pamiętać i niekoniecznie trzeba uśmiechać się do ludzi, którzy sprawili nam przykrość. Procesu wybaczania dokonujemy dla siebie. Ból może utrzymywać się nawet gdy wybaczymy. Dlatego należy go zaakceptować tak, jak akceptujemy ból po udanej operacji, gdy dochodzimy do zdrowia. Przebaczenie jest naszą decyzją i nie następuje od razu. Jest procesem. Nie ma znaczenia, czy osoba, która sprawiła że cierpimy, czuje skruchę. To jej problem, który nie powinien nas interesować.

Jest jeszcze jeden obrazek, który ostatnio widziałem w Internecie i którym chciałbym się z wami podzielić. Złożony był z dwóch scen. Na pierwszej zobaczyłem marzącego o słońcu kwiatuszka, który łamał się prawie pod ciężarem ulewy. Nie chciał ulewy i nie wiedział, że jest mu potrzebna. Dopiero, gdy wyszło słońce, zrozumiał że bez ulewy nie stałby się pięknym kwiatem. Nie należy więc „zapominać”, ale wykorzystać pamięć do wyciągania lekcji. Bo każda chwila i każda osoba, jest naszym nauczycielem. Jeśli nie przerobimy lekcji, te same sytuacje będą pojawiać się bez końca. A gdy zrozumiemy, że wydarzają się dla naszego dobra i że są naszymi własnymi projekcjami – rozpuszczą się w przestrzeni.

Choroby nie rozpuszczą się przez samo zrozumienie, dlaczego się pojawiły, natomiast uświadomienie sobie ich prapoczątku pozwoli na ich rozpuszczenie. Nie stanie się to natychmiast, ale znacznie zwiększy szansę na lepsze życie, a być może pozwoli na całkowity powrót do zdrowia.

Refleksologia jest niezwykle pomocna w przywracaniu równowagi. Jeśli macie szczęście i traficie do osób, których celem jest rzeczywista pomoc innym, będziecie mieć ogromną szansę na uruchomienie własnych zdolności organizmu do samouzdrowienia. Refleksologia to nie tylko stymulacja receptorów w ciele, to także wymiana energetyczna (jak każdy dotyk lub bliski kontakt z drugą osobą). Wybierajcie mądrze. Spójrzcie na osoby, które próbują przywrócić w was harmonię. To bardzo ważne. Bo jeśli to osoby nieszczęśliwe, zawistne, mające osobiste problemy i wewnętrzne jazdy, to zamiast błogosławieństwa, przekażą wam coś, czego będziecie chcieli się pozbyć.

Terapeuta, niezależnie od wykonywanej profesji, powinien być jak solidne drzewo dające schronienie. Osoby zmieniające metody, skaczące z kwiatka na kwiatek, pogrążone we własnych problemach, wykorzystujące cudze pomysły nie są gotowi pomagać innym. Mogą im tylko zaszkodzić. Jak bowiem osoby, które nie potrafią zarządzać własnym życiem, mogą być drogowskazem dla innych? To tak, jakby ratownik na plaży nie umiał dobrze pływać. Czulibyście się bezpiecznie?

Wybierając terapeutów dla siebie, zadaję im kilka pytań. Często wychodzi, że rozwiązywaniem problemów innych zajmują się osoby, po rozwodzie albo osoby duchowne, które nigdy nie były w związkach partnerskich (przynajmniej być w nich nie powinny). Psychoanalitycy w dużej większości biorą antydepresanty, a lekarze cierpią na rozmaite choroby, wynikające z niehigienicznego trybu życia. Takich ludzi należy unikać. I ludzi, których środkiem wyrazu jest hejt.

Jesteśmy tu tymczasowo i jesteśmy częścią całości. Nikt nie jest oddzielony od reszty. Każda akcja wzbudza reakcję, a każde słowo i czyn powodują, że powstaje energia, która wróci. Można żyć cudownie, albo już za życia być w piekle. Wybór należy do was.

* Milarepa – tybetański jogin, ze szkoły Kagyu.
** przysłowie chińskie.

Brak komentarzy

Nie lękajcie się

W czasach, gdy byłem dzieckiem, głupi dorośli straszyli mnie i moich rówieśników na różne sposoby, starając się w ten sposób nas tresować. Najczęściej nie było to spowodowane złą wolą, tylko brakiem mądrości, niską inteligencją lub lenistwem. Niektórym dorosłym straszenie innych sprawiało jednak przyjemność. Bawiło ich to, że baliśmy się: ciemności, określonych osób, czarnych samochodów… Odczuwali nad nami przewagę i być może napawali się wyobrażeniem własnej potęgi.

Właśnie takie czynności dorosłych, zasiewały w nas wszystkich traumy. Nawet z pozoru niewinne, acz niedojrzałe zachowania mogą niczym chwasty, z pojedynczego nasiona, rozrosnąć się i zdominować całą przestrzeń. Dlatego tak wielu ludzi ma problemy natury emocjonalnej, które rzutują na jakość ich życia, najczęściej odbierając im zdrowie i radość przeżywania doświadczeń.

Nie jestem już dzieckiem. Dzisiaj jestem dojrzałym naturoterapeutą i staram się pomagać ludziom, osiągać równowagę. Przyszło nam żyć w czasach prymitywnej epoki Internetu, która w tej fazie rozwoju, służy głównie jako narzędzie odmóżdżające. Oprócz tego, sieć służy do szerzenia strachu, manipulacji i nienawiści. Nigdy w historii ludzkiej „złe słowo” nie szerzyło się tak masowo i nigdy nie wyrządzało tak ogromnej krzywdy. Nigdy też nie byliśmy jako społeczeństwo, mniej empatyczni. Ludzie zaczęli się nienawidzić.

Zastraszając innych, można szybko osiągać cele. Strachem można zmusić innych do działań, na które ludzie, nie zdecydowaliby się w zwyczajnych warunkach. Wszyscy przeszliśmy lockdown, gdzie zmuszano nas do działań, nie tyle niewygodnych, co bezsensownych i nie mających na celu naszego dobra. Wstrzymano świat. W tym czasie umierali ludzie z powodu niewłaściwej opieki medycznej i każda osoba, w akcie zgonu miała wpisywaną nieprawdziwą informację. W mediach mówiono, że ludzie umierali z powodu wirusa, a wszyscy wiedzieli, że umierali z powodu celowych zaniedbań. Co więcej zabraniano wolności słowa, nawet w krajach, w których rzekomo można wyrażać swoje zdanie. Nie można było nawet powiedzieć, że lekarze zamiast leczyć niezbyt ciężką infekcję początkową, kazali czekać osobom schorowanym, aż dochodziło do zapalenia płuc i ciężkich powikłań. Wtedy dopiero zabierano ich do szpitali i robiono wiele nieetycznych rzeczy. Przez cały lockdown byłem w Londynie. Pamiętam, jak w wiadomościach powtarzano mantry strachu. Mówiono „w najbliższych tygodniach będziecie świadkami wzmożonej na nieznaną do tej pory skalę zachorowalności”. Kazano nam zostać w domach, wkładać maski, nie kontaktować się ze sobą. A my niczego takiego nie obserwowaliśmy, choć każdego dnia ignorując nakazy, imprezowaliśmy gdzie i ile się dało. Jednak większość ludzi siedziało w domach. Po roku czasu społeczeństwo zmieniło się nie do poznania. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tylu: depresjach, zbyt późno zdiagnozowanych ciężkich chorobach, czy samobójstwach. Nikt na to jednak nie zwracał uwagi. Każdego dnia bombardowano nas liczbami zgonów i mówiono, że „to jeszcze nie koniec”. A potem już dosłownie wszystko przypisywano wirusowi. Jeszcze żadna choroba nie miała tylu niespójnych ze sobą symptomów. Nawet na alergiczne zaczerwienienie oczu nie przepisywano kropli, tylko kazano „czekać” i poddać się kwarantannie.

Media zarabiały miliony na ludzkiej głupocie i strachu. Nagłówki były coraz bardziej przerażające, a treść główna przypominała scenariusze horrorów o zombich. W telewizji pokazywano wywożone ciężarówkami trupy we Włoszech, a w radio mówiono o budowach ogromnych kostnic. Wielu ludzi tego nie wytrzymało, a rządy nie dbały o to, żeby kogokolwiek uspokoić. Zamiast tego wymyślano coraz to wymyślniejsze nakazy, które w niektórych krajach obowiązują do dziś. Na przykład jadąc przez Niemcy, we wrześniu 2022 roku, mogłem wejść do zatłoczonego pubu i mieszać się z ludźmi w dowolny sposób, jednak siedząc w pociągu musiałem mieć maskę. Z tego powodu kupiłem mnóstwo smakołyków i jadłem je przez całą drogę z Kolonii do Berlina. Mój brak maseczki w wielu pasażerach wzbudzał dyskomfort i poczucie lęku.

Niestety opozycja, także wybrała język strachu. „Wybitni” uzdrowiciele i natchnieni szamani trąbili o szkodliwości zakrywania ust i nosa, strasząc grzybicami płuc. Antyszczepionkowcy i płaskoziemcy prześcigali się w pomysłach, pisząc tak jak ich przeciwnicy, scenariusze przeraźliwej przyszłości. Dziwię się do tej pory, że noworodki wyglądają jak… zwyczajne nowonarodzone dzieci, a ludzie zaszczepieni zwyczajnie nie padli trupem. We współczesnym świecie nie ma umiaru…

Osoby, które szukają u mnie pomocy są najczęściej uzależnieni od informacji. Boją się wielu rzeczy, a strach wychodzi w ich ciałach, w postaci różnych chorób. Nie jest to żadna przenośnia. Od dawna wiadomo, że stres wpływa na funkcje organizmu i prowadzi do wielu chorób, czasami śmiertelnych. Z mojego punktu widzenia, każdą chorobę należy rozpracować u energetycznych podstaw, a dopiero potem łagodzić jej fizyczne symptomy. Skupianie się na ciele fizycznym przypomina branie paracetamolu i na chwilowym usuwaniu objawów. A przecież nie o to chodzi. Choroby powstają w umyśle, na długo przed tym, jak się objawią. Między innymi mają swoje korzenie w traumach i przeżyciach naszych przodków. Nie tylko geny transferują informacje. Robią to również memy, które przekazują informacje pozagenetyczne. Wspomnienia naszych przodków są w nas i mogą wpłynąć na nasze zdrowie. Kolejna przyczyna chorób, może leżeć we wczesnym dzieciństwie jednostki. Tutaj kumulują się wszystkie doświadczenia, które niekoniecznie były prawidłowo odczytane. Miałem klientkę, której nerwica i w rezultacie zaburzenia w odżywianiu wyniknęły z cieni, które widziała na zasłonce, oddzielającej aneks kuchenny od sypialni. Będąc dzieckiem, widziała tam „grubą babę” i jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, prawie doprowadziło ją do głodowej śmierci. Ostatnie nasiona zasiewane są w naszym życiu. Czym więcej mamy stresu, tym gorzej dla nas. Dlatego za wszelką cenę, trzeba odcinać się od kultury strachu. Moi klienci mają w sobie wiele skumulowanej złości i najczęściej są pełni obaw. A lęki zawsze są irracjonalne, bo dotyczą czegoś nierzeczywistego, czegoś co się jeszcze nie wydarzyło. Jedni boją się wirusa, inni kolejnych restrykcji. Kolejni ewentualnej wojny, zimna, braku środków do życia i przyszłości w ogóle. Jeszcze inni koncentrują się na tym co było i żyją gdzieś we wspomnieniach, najczęściej użalając się nad sobą. Żadna z powyższych osób nie zdaje sobie sprawy, że zdrowotne problemy, z którymi do mnie przyszli, wynikają z ich umysłu.

Jedną z moich ulubionych piosenek z dzieciństwa, jest piosenka Edyty Geppert „Zawitaj do nas właściwy wietrze”. Do tej pory pamiętam, jak patrząc w lusterko, śpiewałem do dezodorantu razem z nią:

„Trzeba, trzeba śnić, trzeba żyć ponad stan,
Trzeba marzyć i się nie bać, choć rozsądek ci czasem szepce,
Że się boi i że nie chce…”

Bo żyje się tylko raz i „nic dwa razy się nie zdarza… choćbyśmy uczniami byli, najtępszymi w szkole świata, nie będziemy repetować, żadnej zimy ani lata” – jak pisała Szymborska. Dlatego trzeba żyć, gdy mamy ku temu sposobność.

Terapeuta, niezależnie od specjalizacji, powinien być silny, a jego kondycja psychiczna powinna być na tyle stabilna, by móc pokazać, jak wyzwolić się z problemów, bez brania ich na własne barki. Samo dobre serce nie wystarczy, by wyciągnąć topiącą się osobę z wody. Żeby komuś pomóc we wspomnianej sytuacji, trzeba umieć pływać lub mieć odpowiedni sprzęt. Inaczej na dno pójdą przynajmniej dwie jednostki. Umiejętność pływania i znajomość terenu pozwalają prawidłowo ocenić sytuację. Wykwalifikowany ratownik wie, gdzie jest płytko oraz jak poinstruować osobę w potrzebie, aby ograniczyć ryzyko jej śmierci.

Refleksolog po kilkudniowych warsztatach, dietetyk po tygodniowym kursie online, bioenergoterapeuta po przeczytaniu kilku inspirujących książek ( i tak dalej, i tak dalej) nie pomogą osiągnąć równowagi. Naturoterapia wymaga dużej wiedzy i praktyki. Jednym z ulubionych słów osób zajmujących się różnego rodzaju terapiami, jest „holistyczny”, jednak obawiam się, że mało kto rozumie znaczenie tego słowa. Setki refleksologów, których obserwuję uważają, że ich „holistyczne leczenie polega na stymulowaniu całych stóp, bo dzięki temu informacja dociera do całego organizmu i to on sam wybiera, co jest dla niego najlepsze”. Tacy właśnie specjaliści otwierają gabinety i dlatego też refleksologia jest spychana na granicę zabobonów. Czym więc jest medycyna holistyczna? Według holizmu człowiek jest układem całościowym i jako takiego należy go traktować, zapewniając mu komfort bio-psycho-społeczny. A żeby to zrobić, trzeba każdą odwiedzającą refleksologów osobę poznać, zadając jej właściwe pytania. Wszyscy naturoterapeuci ( w tym refleksolodzy) muszą mieć wiedzę z zakresu podstaw medycyny: anatomii, fizjologii i patologii. Wiedza o ciele energetycznym, czakrach, psychologii i socjologii też w zasadzie są niezbędne. I przede wszystkim należy pamiętać, że uczyć należy się przez cały czas.

Trzeba w końcu zacząć poważnie traktować zawód 323011. Wielu kursantów walczy o dyplomy, które tak naprawdę nie są im potrzebne do wykonywania zawodu. Ile wojen, awantur i bezsensownych słów padło w związku z dyplomami. Ile mitów powstało wokół szkół mających lub nie mających uprawnień do wydawania „dyplomów zawodowych”. Tak naprawdę każda firma szkoleniowa może wydawać dowolne dyplomy w zakresie refleksologii i żadna nie ma większych lub mniejszych uprawnień w tym zakresie. Ale ludziom można tłumaczyć różne rzeczy, rzucając przysłowiowym grochem o ścianę. Widocznie lubimy walkę. Tylko jak to się ma do zawodów, które można spiąć synonimem „uzdrowiciel”?

Jestem idealistą i pociągają mnie osoby obdarzone pasją i wewnętrzną siłą. Prywatnie przyjaźnię się wyłącznie z takimi jednostkami, ponieważ przebywanie w środowisku zrzęd i malkontentów obniża energię do wibracji nieodpowiedniej dla ludzi, zaś pozwalanie sobie na strach i obawy powoduje, że wibracja spada na właściwą dla zwierząt, co znacznie skraca życie i wyjątkowo źle wpływa na stan psychiczny i zdrowie. Dlatego według mnie powinniśmy natychmiast porzucać nieodpowiednie dla nas wibracje i osoby, które je emitują. Czasami jest to trudne, ale należy próbować. Często ludzie nie wierzą we własne siły i obawiają się, że sobie nie poradzą w nieprzyjaznym świecie, dlatego pozostają w toksycznych związkach lub żyją z rodzicami, którzy wysysają z nich energię. Takie relacje są groźne, ponieważ ich rezultatem jest wiele poważnych chorób. Nie da się ich wyleczyć, jeśli nie zostanie usunięte źródło. Mam wielu klientów, którzy po kilku wizytach u mnie czują się wspaniale, a potem wracają do swoich światów i wszystko zaczyna się od nowa.

To straszne, błędne koło wydaje się nie mieć końca. Ludzie są tłamszeni i ograniczani przez swoich bliskich i przez cały system edukacyjny, następnie wkraczają w dorosłość, która często nie jest łatwiejsza. Wpadają w system wierząc, że nie mają innego wyjścia. Najczęstszym wyrażeniem, które słyszę od moich klientów jest „no ale co zrobić…”. Mówię wtedy, że najlepiej zacząć od odcięcia się od światowych informacji, zrobienie planów, zarówno krótko- jak i długo terminowych, analiza swoich związków i układów oraz znalezienie odpowiedzi na pytanie, co uczyni ich szczęśliwymi. Z refleksologicznego punktu widzenia, na pierwszym spotkaniu, staram się takie osoby głęboko rozluźnić. Stosuję odpowiednie olejki, muzykę i światło. Pracuję misami, wyrównując energię w czakrach, następnie rozluźniam twarz i głowę. To bardzo ważne. Na końcu zajmuję się stopami. Kilka lat temu odkryłem linie, których masowanie powoduje oczyszczenie energetyczne i przynosi natychmiastowe rozluźnienie. Bardzo ważne są: sesje energetyczne i uspokajające, polegające na ledwo zauważalnym dotyku. Refleksologia czasami przypomina pieszczotę, która wywołuje w organizmie efekt motyla, doprowadzając do oczyszczających łez i śmiechu po nim. Po takim katharzis, dobrze jest wypić zieloną herbatę i poświęcić kolejne pół godziny na szczera rozmowę. Bądźcie najlepsi. Wybierając ten zawód kierowaliście się dobrem innych. Prawda?

1 komentarz

Jeszcze raz o bólu.

Dzisiaj chciałbym jeszcze raz wypowiedzieć się na temat szkodliwości bólu, który zadają swoim pacjentom różnej maści terapeuci. Niektórzy nawet twierdzą, że „ból oczyszcza” lub, że jest on pozytywny, prowadząc do „uzdrowienia”. Zdaję sobie sprawę, że niewiedza jest najczęściej nierozpoznana i przykryta dumą, dlatego ciągle wypowiadam się na ten temat, mając nadzieję, że choć część ludzi zmieni metody i nie obarczy dodatkowymi traumami klientów, poszukujących pomocy. Mam też nadzieję, że osoby używające słowa „dyplomowany” przed zawodem (na przykład refleksolog), zdobędą choć podstawy wiedzy z zakresu anatomii i fizjologii ciała człowieka, aby „po pierwsze nie szkodzić” swoim klientom.

Zacznijmy od tego, co robią refleksolodzy lub akupresurzyści. Upraszczając, można powiedzieć, że znajdują receptor lub grupę receptorów, które następnie uciskają. Żeby osiągnąć zamierzony rezultat, powinni czynność kilkakrotnie powtórzyć, naciskając tak, aby doszło do przekazania impulsu: z receptora do ośrodkowego układu nerwowego. Zapewniam was, że nawet lekki nacisk zostanie zarejestrowany. Wrażliwe nawet na lekki dotyk ciałka krańcowe, przekażą informację połączonemu z nimi nerwowi czuciowemu, która pobiegnie obwodowymi nerwami czuciowymi do rdzenia kręgowego a potem do kory mózgowej. Tam nastąpi analiza, która po chwili dotrze również do świadomości osoby, która odczuwa ucisk.

Gdy uciśniemy za mocno, powstanie ból. Ciałka krańcowe są wyspecjalizowane i jedne są wrażliwe na dotyk, inne na zmiany temperatury, wibracje i w końcu na ból. Refleksologia polega na stymulowaniu dotykowym, cieplnym lub wibracyjnym. Ból natomiast jest nie tylko zbędny ale i szkodliwy. Gdy nacisk przekracza próg bólowy, klienci sztywnieją i napinają mięśnie. Pobudzony receptor bólowy przekaże natychmiast impuls do rdzenia kręgowego, a w ciele dojdzie do odruchu bezwarunkowego. Nastąpi blokada i zamiast równowagi w organizmie dojdzie do obrony przed niechcianym bodźcem. Gdy przytrzymamy nogę klienta i dalej będziemy go torturować, informacją dojdzie do podwzgórza, który wydzieli kortykotropinę, dzięki której przedni płat przysadki uwolni ACTH do krwi. Natychmiast po tym ACTH zostanie wyłapany przez receptory w korze nadnerczy, które jak na rozkaz wyrzucą jednocześnie trzy hormony: kortyzol, adrenalinę i noradrenalinę. Dzięki kortyzolowi wolne kwasy tłuszczowe zostaną zmobilizowane, a kolejne hormony wycofają część krwi z mniej priorytetowych miejsc (na przykład ze skóry) do mięśni. To wszystko stanie się w bardzo krótkim czasie i gdy usłyszymy syk klienta, cały organizm będzie w stanie gotowości do walki.

Refleksolodzy i inni naturoterapeuci zajmujący się metodami przywracającymi harmonię w organizmie, powinni zdać sobie w końcu sprawę z tego, że sprawiając ból – szkodzą. Najskuteczniejszą metodą jest edukacja. Mamy XXI wiek i dostęp do nauki jest bardzo łatwy. Ukończenie dwudniowych warsztatów niewiele daje, dlatego niezależnie od tego jaką szkołę wybieracie, uczcie się tego, jak funkcjonuje człowiek. Jeśli posiądziecie choć trochę wiedzy zrozumiecie, że bieganie po całej stopie nie przywraca homeostazy i że sesja refleksologiczna wymaga inteligentnego planu i właściwej kolejności. Bo żeby na przykład pobudzić nadnercza do wyrzutu adrenaliny, trzeba stymulować podwzgórze i przysadkę, a potem pobudzić układ krwionośny, aby przyspieszyć proces, na którym nam zależy. A ból to wszystko zakłóci i zniszczy całe piękno, które mogłoby się wydarzyć.

Brak komentarzy

Nie dajcie się zwariować

Helscy wczasowicze kaszlą i kichają. Prawie wszyscy. W Sopocie to samo i w Gdyni. Rzuciło mi się to w oczy, bo nigdy społeczeństwo nie było tak rozkichane, a już napewno nie latem. Podobno od pogody. Ale pogoda jest ładna, taka jak powinna być latem, choć wieczory i ranki bywają chłodne. Czemu tak masowo ludzie chorują? Przede wszystkim dlatego, że żyli w izolacji, odcięci maseczkami od świata. Zmuszano ich do nienaturalnych zachowań, rozleniwiając ich system odpornościowy.

Czy wiecie jak można „załatwić” dziecko, powodując, że będzie chorowite, podatne na infekcje i alergeny? Najlepiej w tym celu zamknąć go w sterylnym pomieszczeniu, chuchać – dmuchać i nie pozwolić niczego dotykać. Jeszcze lepiej nie karmić niemowlęcia piersią. Wszystko razem spowoduje, że jako rodzice, wydamy fortunę na lekarzy, którzy dobiją młode organizmy antybiotykami i sterydami.

Będziemy teraz doświadczać wirusowych fal, jedna za drugą, aż odbudujemy odporność stadną. Bo należy pamiętać, że „od pogody”, nie da się zachorować. Mamy XXI wiek, a ludzie wciąż myślą, że można się przeziębić od chłodu lub zamarznięcia. Jest wprost przeciwnie. Chłód może poprawić działanie układu odpornościowego, na przykład chodzenie po plaży, ziemi, trawie, niezależnie od temperatury na zewnątrz. Witaminy C oraz D również poprawiają naszą zdolność do obrony przed infekcjami. I cynk, i magnez, i cała reszta witamin z grupy B. Trzeba o tym koniecznie pamiętać.

Tak więc chłód, nie niesie ze sobą wirusów i bakterii, a to tylko one wywołują przeziębienia. Ponad 200 wirusów krąży obok nas od momentu poczęcia, do śmierci. I odcinanie się od nich niczego nie daje. To co należy robić, to dbać o odporność: zdrowo się odżywiać, zadbać o kondycję fizyczną i mentalną, uziemiać się i stosować refleksologię. Bo ona prowadzi do homeostazy, za każdym razem.

Co należy robić? Najlepiej zacząć od refleksów jelit, by pobudzić układ pokarmowy do wchłaniania niezbędnych substancji i wydalania tych niepotrzebnych. Pobudzanie jelit uaktywnia też nasz układ odpornościowy i przebudza układ nerwowy. Bo jelita to drugi mózg, a mózg to centrum dowodzenia. Potem najlepiej przejść na obszar refleksologiczny wątroby, który należy pobudzić, tym samym zwiększając metabolizm. Energetycznie uaktywni to splot słoneczny i ogrzeje nasze ciało, spalając to, co nam szkodzi. Następnie pobudzimy receptor wyrostka robaczkowego. Jest to mały strażnik układu odpornościowego, produkujący mnóstwo żołnierzy walczących z patogenami. Następnie musimy rozmasować do góry, obszar śledziony i później grasicy, pamiętając że jej punkty refleksologiczne na stopach znajdują się w kilku miejscach. Czemu? Bo taka jej natura. Sam organ migruje do okolicznych węzłów chłonnych i wraz z wiekiem, powoli zanika. Później dobrze jest doładować przysadkę i później nadnercza oraz tarczycę. Czemu w tej kolejności? Bo tak działa nasz organizm. To przysadka wysyła komendy innym gruczołom poprzez hormony. Na koniec należy pobudzić dwa układy: limfatyczny i krwionośny. Niech rozprowadzą to co należy, po całym organizmie. Wtajemniczeni mogą dodać wisienkę na torcie w postaci sesji energetycznej.

Jest środek lata. Energia słońca ma największą moc. Dobrze jest wystawić się na jego działanie każdego dnia, na dwadzieścia minut bez żadnych barier ochronnych. W tym samym czasie można się uziemiać, spacerując na boso i będąc tak rozebranymi, na ile możemy sobie pozwolić, nie narażając się na aresztowanie lub nieprzyjemności. Słońce ma wielką moc i oczyszcza najsilniej. Szamani mogą też skorzystać z energii księżyca i wody. Ta chłodna energia kobieca, obmywa subtelniej, prowadząc do głębokiego rozluznienia. A to również wpływa dobrze na naszą kondycję.

Najgorzej jest siedzieć w domach i się bać. Najgorzej dusić się w maskach i przyłbicach. Najgorzej nie móc dotknąć drugiego człowieka i traktować innych jak wrogów albo jak duchy z upiornego horroru. Najgorzej się ciągle bać i nie żyć przez te wszystkie lęki, albo żyć jak zombie, gdzieś pomiędzy walką o papier toaletowy a pielegnowaniem traum przez odbiornikiem telewizyjnym, w którym nieuczciwi dziennikarze sączą sfabrykowane newsy. Ludzie od tego chorują psychicznie. Tak wiele osób odebrało sobie życie, bo nie wytrzymało napięcia…

Choroba jest stanem przejściowym, czymś normalnym jak deszcz, burza, czasami huragan. Nawet najzdrowsze organizmy czasami chorują. Nie można tego demonizować. Nie aż tak, jak ostatnio. Boli mnie, że dziennikarze znów zaczynają siać jad, rozkoszując się ludzkimi lekami, które wywołują. Najlepszym co możemy zrobić, to przestać klikać, słuchać i oglądać. Niech znajdą się na pustyni, samotni i bez widzów.

A jeśli już ktoś zachoruje, to niech się leczy. Nie czekajmy dziesięciu dni, aż infekcja się rozwinie, bo to najmniej rozsądne rozwiązanie. Ciągle zachodzę w głowę, jak lekarze XXI wieku mogli nakazywać ludziom, zamiast leczyć choroby, pielęgnować je i doprowadzać do ich rozwoju, do stanu ciężkiego, do śmierci… Jeśli to głupota… a jeśli nie? Jeśli to celowe, to bestialstwo…

Zwiększone dawki witamin: C, B, D, cynku, magnezu. Zioła łagodzące kaszel. Dużo picia, najlepiej herbatek ziołowych. I bulionu. Prawdziwy bulion jest zbawienny i najlepiej pić go zawsze, nie tylko podczas choroby. Czyścić nos: na szklankę wody, płaska łyżeczka soli i 1/3 łyżeczka sody oczyszczonej. Stosować olejki eteryczne, gęsi smalec, wodę z imbirem, cytryną i miodem (ale nie cieplejsze niż 50°C). Temperatury podwyzszonej raczej nie zbijać, a jeśli będzie zbyt wysoka, można owinąć się chłodnym prześcieradłem wymoczonym w wodzie z solą. Taki okład może wyciągnąć toksyny i obniżyć gorączkę.

Należy unikać cukru, przejadania się, palenia papierosów i picia alkoholu, ćwiczeń fizycznych podczas choroby i gorących kąpieli. Stosowanie gorących inhalacji zaostrza katar i choroby zatok, tak jak chodzenie do sauny.

Podczas choroby należy zwyczajnie odpocząć i pomoc organizmowi odzyskać równowagę. Refleksolgia jest tutaj zbawienna. Jeśli nie macie siły masować własnych stóp, pracujcie na dłoniach.

1 komentarz

Rozmasowanie lęku

Gdy człowiek się czegoś boi, łatwiej nim manipulować. Powodowany lękiem, niczym w amoku, wykonuje polecenia, które rzekomo mają uchronić go przed czymś nieokreślenie strasznym. Większość z nas, była straszona przez nieodpowiedzialnych opiekunów. Robili to świadomie, po to by zmusić nas do posłuszeństwa i ograniczyć nam wolność. Nazywano to „wychowaniem’, przygotowując nas do ról, które mieliśmy odgrywać w społeczeństwie. Jako dzieci, często byliśmy „inwestycją”, która odpowiednio zmanipulowana, miała zapewnić wygodę tym, którzy nas karmili. Trzymani lękiem przed karą, za niewywiązanie się ze „zobowiązań”, ludzie robili to, co im kazano. Poza domem rodzinnym nie było lepiej. Już jako dzieci słyszeliśmy o piekle, do którego trafiało się za błahe przewinienia. Musieliśmy więc obnażać się przed facetami w czarnych sukienkach ze skrytych myśli, pragnień i pięknych uniesień oraz przyjemności, których zaznaliśmy. Nazywano je grzechem, za które miała grozić kara nieskończonej męki w piekielnym ogniu. Wszystko co było przyjemne, było nieczyste i wpajano nam to na każdym kroku. Wiedziano bowiem, że człowiek szczęśliwy jest nieposłuszny systemowi i omija zakazy, które manipulatorzy wyznaczyli, by go kontrolować.

Zbliża się Era Wodnika – czas oświecenia. Wielu z nas wyczuwa, jak nadchodzi jasność. Jesteśmy na kilka chwil przed wschodem słońca i zaczynamy dostrzegać brzask. Widzą to także ci, którzy chcą abyśmy odwrócili oczy od tego cudu i prześcigają się w pomysłach, jak nas wszystkich zastraszyć. Są groźni i mają władzę, którą wykorzystują na wszelkie sposoby. Robią nam wodę z mózgu i pokazowo unicestwiają największych oponentów. Wykorzystują media i pozwalają im przedstawiać świat, w jak najczarniejszych kolorach po to, byśmy ciągle czegoś się obawiali. Czegoś, co nie istnieje…

Lęk jest zawsze irracjonalny i wynika z wyolbrzymionych obaw na temat tego, co może się stać. Oczami wyobraźni ludzie widzą przerażające rzeczy i zdarzenia, dzięki czemu tracą zdrowy rozsądek i zdrowie. Chroniczny lęk prowadzi do licznych zaburzeń psychosomatycznych, a więc do wielu chorób, w tym nagłych i śmiertelnych. Zapisywany jest on też w aurze, lub jak kto woli w sieci neuronów i przekazywany z pokolenia na pokolenie, poprzez naśladownictwo (bardzo często nieświadome i nieproszenie). Memy potrafią przetrwać całe pokolenia i wyjść w postaci traum, zwłaszcza jeśli zgrupują się w mempleksy, czyli w grupy wzajemnie uzupełniających i często wzmacniających się memów. Czynnikiem wzmacniającym, może być podobna sytuacja do tej, zakodowanej w (pod)świadomości, jak na przykład obecny atak zbrojny Rosji na Ukrainę, odświeżający lęki naszych dziadków i babć. Dlatego część ludzi zaczyna zachowywać się tak, jak oni, na przykład robiąc irracjonalnie duże zapasy.
Historia po raz kolejny zatacza koło.

Bojąc się, część ludzi traci zdrowy rozsądek. Słysząc od trzech lat o kolejnych falach i wzrastających liczbach zakażeń, człowiek przestaje myśleć logicznie. Słysząc, że znów zmarło sto pięćdziesiąt osób, nie zdaje sobie często sprawy, że tak naprawdę danego dnia, zmarło o wiele więcej istot i że ta przykre zjawisko wydarza się codziennie. Ludzie umierają na świecie w każdej sekundzie, w każdej chwili, ciągle… Każdy kiedyś umrze, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Dlatego należy otrząsnąć się z irracjonalnych lęków i żyć, póki jest to fizjologicznie możliwe.

Klienci którzy do mnie trafiają, zazwyczaj niosą ogromny bagaż lęków i traum, z których wynika większość ich problemów zdrowotnych. Dlatego stworzyłem wiele niepowtarzalnych sesji refleksologicznych, uwalniających ludzi od ich własnych emocji. Refleksologia jest cudem – wierzę w to całym sercem, jednakże stosowana razem z terapią oddechową, świetlną i z medytacją, przynosi większe i szybsze korzyści. Jako refleksolodzy, naturopaci, bioenergoterapeuci z dowolnych szkół, powinniśmy dostosowywać swoje metody do potrzeb klientów i sytuacji, w której się znajdujemy. A większość osób odwiedzających nasze gabinety ma problemy wynikające z lęków, traum i stresu dnia codziennego. Dlatego nie wystarczy pochodzić po stopach, tylko znaleźć przyczynę i ją „rozmasować”. Czasami wystarczy dłużej porozmawiać, innym razem przytulić. Zdarza się, że trzeba potrząsnąć lub znaleźć inny, pasujący klucz, który odblokuje energię w czakrze, która nie działa prawidłowo. Wdzięczność na twarzy waszych klientów zapisze się w waszych wspomnieniach i przyczyni się do waszego szczęścia. Pamiętajcie o swoim powołaniu i o tym, że możecie być silni i nieustraszeni!

Brak komentarzy

JAKIE WARUNKI POWINIEN SPEŁNIAĆ REFLEKSOLOG.

Często, gdy organizuję warsztaty refleksologiczne, pada pytanie „czy trzeba spełniać jakieś wymagania”, żeby dostać się na kurs. Pytający mają zazwyczaj na myśli wcześniejsze doświadczenie lub ukończone kursy, nie myśląc w ogóle o predyspozycjach do wykonywania danego zawodu. A przecież nie ma nic ważniejszego od zamiłowań i popędów, bo to one, gdy zrealizowane, przemieniają się w spełnione marzenia. Tak więc, gdy pada takie pytanie, wiem że kandydat nie spełnia swoich marzeń, tylko próbuje (z różnych pobudek) zdobyć nowe umiejętności. Czasami motywują go chorzy członkowie rodziny, czasami bodźcem jest perspektywa nowej pracy, zdarza się też, że inspiracją jest chęć poznania nowych ludzi lub w najgorszym wypadku nuda.

To nie są wystarczająco dobre powody. Wybór zawodu powinien wiązać się z pasją, chęcią rozwoju i radością z wykonywania danej pracy. W innym wypadku, życie zawodowe stanie się koniecznością, a praca po godzinach, wyniszczającym koszmarem. Nie życzę nikomu, żeby był refleksologiem z przymusu, albo nawet z przypadku, czy nierozsądnego wyboru. Wyobrażacie sobie dotykać stóp przez kilka godzin dziennie i nie widzieć w tym wyższego znaczenia? Albo masować stopy obcych ludzi, bo na tym polega ten zawód? Koszmar!

Pracując w instytucje opieki psychiatrycznej, miałem wielu pacjentów. Byli to dorośli ludzie, którzy nie potrafili dbać o siebie i swoje potrzeby. Raz na sześć tygodni odwiedzał nas pan podolog, który (wydawało mi się) wykonywał swoją pracę za karę. Był wyraźnie nieszczęśliwy i patrzył na stopy pacjentów z wyraźnym obrzydzeniem. Współczułem mu patrząc jak się męczy i nawet raz, zupełnie niewinnie zapytałem, czemu wybrał taki właśnie zawód. Odpowiedź wcale mnie nie zaskoczyła. Wiele lat wcześniej, Urząd Pracy ( w Wielkiej Brytanii) skierował go na bezpłatne szkolenie, rozpoczynając nowy rozdział w jego życiu. Ot, cała historia.

Refleksolog powinien być dobrym człowiekiem. I nie chodzi mi tutaj o przyklejony uśmiech lub przesadną miłość do wszystkich istot we wszechświecie, ale o zwykłą ludzką uczciwość, tolerancję i nieszkodzenie tym, których się nie rozumie. Chęć niesienia pomocy powinna być głównym motywem wyboru tego zawodu, a ciekawość ludzi i otaczającego nas świata jedną z dominujących cech kandydatów na refleksologów. Cechami drugorzędnymi powinny być mądrość i współczucie, zainteresowania medycyną naturalną oraz chęć rozwoju i uczenia się nowych rzeczy. Bardzo ważna jest otwartość umysłu, skłonność do radości, pozytywny i otwarty charakter i wnikliwość, bez której trudno rozwiązać nawet proste problemy. Miłość do drugiego człowieka jest również niezbędna.

Jeśli miałbym powiedzieć, jaki nie powinien być refleksolog, to pierwszą cechą przychodzącą mi do głowy jest zawziętość. Upór też nie jest wskazany, ani zapalczywość. Czasami spotykam ludzi dumnych, zadufanych w sobie. Kiedyś, będąc na spotkaniu refleksologów i naturoterapeutów w Londynie roześmiałem się takiej jednej pani w twarz, bo tak mocno zachwyciła się sobą, że straciła kontakt z rzeczywistością. Pamiętam, że nie mogłem zrozumieć, jak można wpaść w samouwielbienie dzięki masowaniu stóp. W Azji uważają, że jest to jeden z najgorszych zawodów… I to mnie właśnie rozbawiło.

Kocham swój zawód i widzę w nim ogromny potencjał. Mam fiksum-dyrdum na punkcie medycyny naturalnej i czuję kontakt z otaczającymi mnie ludźmi i przestrzenią. Uwielbiam odkrywać nowe rzeczy i gdy okazuje się, że moje nowe metody działają, nie mogę spać z podniecenia. Albo gdy ludzie dzwonią do mnie kilka dni po sesji, by jeszcze raz podziękować. Mało rzeczy cieszy mnie bardziej. Uwielbiam ten moment, gdy widzę jak wyładowania w aurze człowieka zaczynają się uspokajać i jak ciało się rozluźnia. Na twarz wchodzi wtedy delikatny uśmiech, a puls i oddech się wyrównują. Wtedy wiem, że pomagam i że ciało klienta zrozumiało moje sygnały. Wtedy i na mnie spływa błogość. Zamykam wtedy oczy i pracuję dalej w skupieniu.

Łączę metody. Stworzyłem wiele nowych sesji, nadając im imiona. Sprawia mi ogromną radość dzielenie się nimi z innymi ludźmi, a największe zadowolenie pojawia się gdy słyszę „Frederick, to naprawdę działa”. Wtedy się spełniam i nabieram nowych sił do działania. Rozwijam skrzydła i daję z siebie jeszcze więcej.
Więc tak – zapisując się na warsztaty, powinno spełniać się przynajmniej jedno wymaganie. Trzeba pragnąć własnego rozwoju, poprzez uszczęśliwianie innych. Nic więcej.

2 komentarze